Etykiety
wtorek, 24 listopada 2009
piątek, 20 listopada 2009
czwartek, 19 listopada 2009
Przyczyny niezależne
Kochani, pamiętam jak ciotka pisała mi usprawiedliwienie do szkoły: “Iza (!) nie mogła być w szkole z przyczyn niezależnych”.
Dziś chcę się usprawiedliwić: z przyczyn niezależnych nie mogę nadal mieć TYLU blogów. Zdrowie nie to, a i praca wymagająca.
Dlatego zapraszam na stronę:
Miejsce dokowania DIDIXI
Tam zadokuję się z moim blogowaniem i tam, w bocznym panelu, znajdziecie linki do stron, które nadal “obsługuję” (jak Fotoblog)
Nosiłam się z tym zamiarem od dawna, trochę żal, ale chyba tak musi być. Trzeba mieć taką przystań, gdzie się bywa częściej niż gdzie indziej.
Pamiętajcie, że tam też można komentować. Będzie mi miło, gdy ktoś tam zajrzy. Zapraszam!
PS. No i jestem stale na Twitterze: http://twitter.com/Familiarnie
wtorek, 17 listopada 2009
Twitter zostaje reszta out!
Uciekam z blogów, mam zamiar je pokasować - juz zaczęłam i idzie mi dobrze. Zajmę się poważnie genealogą i tradycją. Na blogi nie ma czasu. Mam nadzieję, że nikogo to nie zmartwi - nie byłam zbyt systematycznym blogerem.
w związku z: Twitter / Home (wyświetl w Google Sidewiki)poniedziałek, 2 listopada 2009
Fotografia polska: Jan Mieczkowski
W 1847 roku na rogu Senatorskiej i Miodowej powstał zakład fotograficzny Jana Mieczkowskiego (1830-1889).
Ten samouk, pierwotnie wędrowny dagerotypista, wsławił się pięknymi portretami, bogatym i gustownym wystrojem atelier, a wreszcie udziałem w wielu zagranicznych wystawach fotograficznych.
Przy atelier znajdował się też firmowany przezeń sklep z artykułami fotograficznymi. Poniżej fotografia nr 496, przedstawia mojego pradziada.
![]() | |
Czyta się…
“Ocena transcendencji i duchowości pijawki, na przykład, mogłaby nastręczyć poważnych trudności.” – Peter Ward
wtorek, 27 października 2009
sobota, 24 października 2009
czwartek, 22 października 2009
Z pamiętnika lobbysty nieudacznika: Kolejna udana akcja
Czasy takie, że lobbować strach, ale strach też rozmawiać z kumplami. Nie mówiąc o chodzeniu po ulicach. Nie wierzycie? No to posłuchajcie.
Wracam sobie z Sejmu, po ciężkim dniu lobbowania na korytarzach, w kiblach i sejmowej restauracji, zły, bo nic mi nie wychodzi, wszyscy mnie zbywają, udają że mnie nie znają, ech, co za czasy…
No więc idę sobie, a tam na ziemi zwitek, wypisz wymaluj podobny do tego, co go w kieszeni mam, bo lobbowanie się nie udało, mówiłem już chyba, nie?
Podchodzę, patrzę, kurza stopa, z trzydzieści tysiaków co najmniej, na oko biorąc, bo tak dokładnie, to dopiero w ręce ocenić umiem, wagę mam taką w dłoni, lata praktyki, rozumie się…
Schylam się i już, już do ręki chcę wziąć, żeby zważyć, a tu widzę, cieniutka żyłka przyczepiona, jak nitka pajęcza. Oho, myślę, i zerkam, gdzie prowadzi. A ta, długa jak licho, znika za zakrętem. No, to idę z nosem przy ziemi, jak pies, za nitką. Słyszę, że za rogiem rumor się robi. Przyspieszam, dobiegają mnie głosy, coś jakby popłoch, jakieś wołania: Tomek, ty trzymaj! Mariusz, ty trzymaj, ja spadam! Potem warkot BMW i wizg opon.
Trochę mnie to speszyło, zwłaszcza to BMW, co śmignęło mi koło ucha, z pachnącym i przystojnym kierowcą za kierownicą. Ja prosty człowiek jestem, na intrygach się nie znam, wiem tylko, że to pieniądze nie śmierdzą. Ech, życie takie skomplikowane się zrobiło…
Już odchodziłem, gdy nagle widzę, jakaś staruszka schyla się i rękę wyciąga. Nie! – chcę zawołać. Ale za późno. Zza rogu wypada niewysoki facet w kominiarce, z zapoconymi okularami w dziurach i ją dopada. CBA! – krzyczy, obala staruszkę na ziemię, ściąga kominiarkę i z triumfem spogląda dokoła, a z różnych załomów murów, zza płotów i z koszy na śmieci wyłażą inne typy w kominiarkach, z napisem CBA na plecach. Też pewnie pachną, ale nie mam czasu wąchać…
Brawo szefie! – rozlega się ze wszystkich stron. Bohater wstaje, otrzepuje spodnie, przeciera spocone okulary i stawia stopę na piersi staruszki. Agent z aparatem robi zdjęcia operacyjne; kolejna udana akcja.
wtorek, 20 października 2009
GTWB 24: Mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła...
Co to właściwie jest mimoza?
Z czym to się je? (To wie koza.)
I jak to się ma do jesieni?
(A zwłaszcza jesieni w Warszawie)
Ja się w mimozy nie bawię!
Ja mogę wrzos i topole,
a te mimozy - chromolę!!!
Ja mogę, że plucha i słota,
i błoto, o tak, ja chcę błota!
I liście, co na łeb mi lecą -
mimozy mnie nie podniecą!
Mimoza - roślina nabyta,
z Warszawą nieobyta,
że zaś na dotyk wrażliwa?
Phi, tak z mimozami bywa...
Ja wolę wrzos i topole,
a czułą mimozę - chromolę!
piątek, 16 października 2009
czwartek, 15 października 2009
piątek, 9 października 2009
Warszawa żegna Marka Edelmana
Pożegnałam i ja, ze smutkiem i refleksją. Zadziwiał mnie ten człowiek. Pewnie nie był łatwy we współżyciu, bo jak sądzę był autentyczny aż do bólu. Gdy słuchałam go, zawsze przychodziło mi na myśl, że w porównaniu z nim jesteśmy sztuczni, uformowani, jacyś nieprawdziwi, nieuczciwi wobec siebie samych. To zmuszało do myślenia. Szkoda, że nie ma już takich ludzi jak Skarga, Tischner, Edelman, Kołakowski. Zwróćcie uwagę, że oni wszyscy byli jacyś inni – może lepsi, a może bardziej prawdziwi? Nie dawali się podpuszczać w rozmowie, nie potakiwali dziennikarzom, często mówili “nie”, na zadawane pytania, w których sugerowano, że odpowiedź będzie “tak”. Czy więc to nie jest jakaś podpowiedź dla nas?
Niech wymrą starzy ludzie cz. 2
(kontynuacja)
Na parkingu przed szpitalem starszą panią i jej syna dopada lekarka.
- Nie, niech państwo wrócą, ten stan jest zbyt ciężki, pani może umrzeć!
Starsza pani powtarza: Ale ja sie boję tu zostać, tu wszyscy są tacy wrodzy…
Po chwili znów siedzą w gabinecie lekarki, która skrzętnie wyjaśnia, co pokazały badania, po czym wypisuje kolejne papiery przyjęcia do szpitala.
- Widzicie państwo, ile tracę czasu przez was! Trzeci raz piszę!
- A nie przyszło pani do głowy, że gdyby pani od razu zachowała sie zgodnie z zasadami i wyjaśniła, co jest mojej matce, to miałaby pani mniej roboty i mniej nerwów? – pyta wrednie syn starszej pani.
Już po sześciu godzinach zmagań starsza pani z niewydolnością serca ląduje na luksusowym łóżku w korytarzu. Lekarka i pielęgniarki wykrzykują różne komendy. Starsza pani ostatkiem sił pyta:
- Czemu panie tak na mnie krzyczą?
- Bo tu wszyscy pacjenci głusi są!
- Ale ja nie jestem, więc panie nie muszą…
- I co z tego, myśli pani, że tylko panią tu mamy? Nie będziemy się do wszystkich dostosowywać!
No właśnie, pacjent w szpitalu jest petentem. Jak w skeczu Laskowika pt. S.K.L.E.P. – Stój Kliencie Lub Ewentualnie Poproś.
Najlepiej na kolanach.
Niech wymrą starzy ludzie
Miejsce akcji: Szpital na Banacha
Czas akcji: Wieczór, godz. 21
Występują:
- nieważna pani profesor (89 lat, powstanie, studia po wojnie, 50 lat pracy pedagogicznej na uczelni, chore serce, bajpasy, torba z piżamą, szlafrokiem)
- jej syn, też profesor, 30 lat pracy na uczelni, pęta się po poczekalni i przeszkadza
- Ważna Pani Doktór szpitala na Banacha
- Ważne Panie Pielęgniarki szpitala na Banacha
- rodziny pacjentów w poczekalni, utrapienie
-------------
Starsza pani w asyście syna przyjeżdża z diagnozą: niewydolność krążenia. Siedzi i czeka. Trzy godziny w poczekalni. Dwie lekarki. Obie krzyczą na pacjentów i na ich rodziny. Jedna nieustannie mówi, że ma strasznie dużo pracy, zamyka się w pokoju i siedzi w fotelu nic nie robiąc. Ma pecha, bo pokój jest na przestrzał i z drugiej strony wszystko widać. Dwie pielęgniarki siedzą w pokoju i jedzą słonecznika. Rozmawiają, śmieją się. Tłum chorych, przerażonych, niedoinformowanych, popychanych.
Starsza pani czeka. Syn starszej pani się denerwuje – długo ma czekać na siedzący? Nie wiadomo, cztery pięć godzin, na wyniki się czeka, co pan sobie myśli. Jakiś starszy pan pyta: czy mogę zostawić żonę i przyjechać za trzy godziny? Lekarka wzrusza ramionami, może wyniki będą wcześniej, jak pan sobie chce, nie mam czasu z panem rozmawiać.
Po trzech godzinach kładą starszą panię w pokoju obserwacyjnym. Syn siedzi w poczekalni. Jedna lekarka w fotelu. Od jednej pielęgniarki jedzie wódką na dwa metry. Po kolejnej godzinie są wyniki – stan zagrożenia życia. Starszą panią trzeba hospitalizować.
- Pani tu podpisze, – krzyczy na nią lekarka.
- Nie podpiszę, póki mi pani nie wyjaśni, co mi jest, – mówi starsza pani.
- A czy ja mam czas? Co pani myśli, mam panią jedną, czy co? Wypisałam dokumenty do przyjęcia, to wystarczy.
- To my rezygnujemy, – mówi starsza pani. – Pojedziemy do innego szpitala, może tam…
Lekarka wypisuje dokumenty do wyjścia ze szpitala. Starsza pani podpisuje, że wie, że to grozi śmiercią, ale nie chce zostać.
- Ja się po prostu boję tu zostać! – mówi. – Czemu pani na mnie krzyczy? Czemu jest pani dla mnie taka niegrzeczna?
Pytania bez odpowiedzi. Wychodzą. Starsza pani źle się czuje, ale idą do samochodu. Podpisali, że wiedzą, że transport bez karetki z lekarzem grozi jej śmiercią. Uciekają, by pojechać gdziekolwiek i nie zostawać w tym szpitalu, pod taką opieką. Uciekają przed chamstwem i znieczulicą warszawskiej opieki medycznej. Uciekają w nocy, przerażenie, z podobno najlepszego szpitala publicznego w Warszawie. [CDN]
sobota, 3 października 2009
Knajpa Pod Zdechłym Kotem
Image by alles-schlumpf via Flickr
Na rogu Wolskiej i Karolkowej,
tam pod trzynastym numerem,
była raz knajpa Pod Zdechłym Kotem
z jednym, jedynym kelnerem.
Częstym klientem tego lokalu
był Ferdek Migdał, szarpany,
smolił cholewki do panny Jadzi,
kochał, nie będąc kochanym.
Ten Ferdek Migdał, jak dostał kosza,
wypił trzy setki koniaku
i chciał się zemścić na pannie Jadzi
i na kelnerze we fraku.
Złapał butelkę i z całej siły
butelką w Ignaca rzucił,
potem jak furiat na pannę Jadzię
cały kontuar wywrócił.
Kelner Ignacy już ledwie zipał,
lecz złapał sztuciec z talerza,
dogonił Ferdka i z całej siły
w pierś go widelcem uderzył.
Gdy po upływie prawie godziny
przybyła policja cała,
na sali głównej Pod Zdechłym Kotem
widok straszliwy ujrzała.
Panna Jadwiga, już nieżyjąca,
z okiem podbitym i szarym,
tu leży głowa, tam leżą ręce,
a reszta pod kontuarem.
A Ferdek Migdał leży na stole
jak zdjęty z haka wisielec,
leży nieborak i też nie żyje,
z piersi mu sterczy widelec.
A biedny Ignac z głową rozbitą
ducha oddaje w milczeniu
z żalem umiera śmiercią przedwczesną
po krótkotrwałym cierpieniu.
Po tym wypadku, jak mówią wszyscy
mieszkańcy wolskiej dzielnicy,
gdy mrok zapada, żadna panienka
nie śmie przejść tamtą ulicą.
Na rogu Wolskiej i Karolkowej
tam w restauracji po dachu
biegnie Jadwiga, goni ją Ferdek,
a za nim Ignac we fraku...Uważam, że to jedna z najbardziej wstrząsających historii miłosnych międzywojnia. Spłakałam się serdecznie.
wtorek, 29 września 2009
Warszawskie reklamy
Jak dziś, tak i 80 lat temu, dźwignią handlu była reklama. Czasem zmysłowa, jak na tamte czasy. Świeżo odkryta noga kobieca była łasym kąskiem dla reklamiarzy, zwłaszcza gdy chodziło o reklamę pończoch…
niedziela, 27 września 2009
Dobra komunikacja…
Trzecią częścią planu rozbudowy Warszawy musi być projekt dobrej komunikacji. Obecna bowiem sieć tramwajów elektrycznych nie wystarcza na potrzeby. Przede wszystkim linii jest za mało. Są całe partie miasta pozbawione zupełnie komunikacji. Np. cała połać Starej Warszawy, dalej Marienstadt, następnie całe pobrzeże Wisły od mostu Poniatowskiego do mostu Kierbedzia nie ma żadnej komunikacji.
Potem gminy podmiejskie, przytykające do samej Warszawy, a nawet do niej już włączone są od niej właściwie odcięte. Sieć komunikacyjna musi objąć zatem ogromną przestrzeń przyłączonych gmin podmiejskich. Jest to niezmiernie ważna sprawa, gdyż dogodna, stała komunikacja jest powodem rozrostu i rozwoju miasta. Jakiego rodzaju powinna być ta komunikacja: czy tramwaj, czy autobus? Otóż zdaje mi się, że komunikacja autobusowa będzie jak najtańsza i najłatwiejsza. Wprowadziły ją już niemal wszystkie większe miasta i autobus za parę lat wyruguje zupełnie tramwaj elektryczny, wraz z jego bardzo kosztowną instalacją.
Dlatego i u nas już teraz należy pomyśleć o stworzeniu takiej komunikacji między Warszawą a podmiejskimi gminami, przy czym trzeba ją zorganizować na wielką skalę i po europejsku, a nie jak to dotychczas robiono — półśrodkami: stare wozy, niepraktyczne, chodzące nieregularnie i rzadko. W ten sposób— nic dziwnego—że nie osiągnięto dobrych rezultatów.
Na tym polu miasto powinno dopuścić prywatną inicjatywę i nakreślić bardzo starannie warunki, dające rękojmię, że dane przedsiębiorstwo autobusowe potrafi utrzymać stały i regularny ruch wozów. W ten sposób — pamiętam, przed wojną — postąpił zarząd Florencji. Rozpisał konkurs na komunikację autobusową między miastem a gminami podmiejskiemi i w przeciągu dwóch miesięcy powstały cztery linie regularnej komunikacji z okolicą. Jak ważną jest ta sprawa połączenia gmin podmiejskich z Warszawą — sądzę, te nie potrzeba dalej udowadniać. Im wcześniej ona powstanie, tym prędzej miasto zacznie się rozszerzać do gmin przyłączonych.
Rozwój dorożek automobilowych w Warszawie, postępujący prawdziwie z amerykańską szybkością, wskazuje, jaką drogą potoczy się system komunikacji. Stworzenie szeregu linii autobusowych stałych i regularnie łączących stolicę z okolicą, będzie bardzo wielkim krokiem naprzód w rozwoju miasta. Przy tym i to trzeba zauważyć, że sprawa nie przedstawia prawie żadnego ryzyka, gdyż komunikacja automobilowa, dobrze zorganizowana, musi się bezwarunkowo opłacać. W przeciwnym razie już by dawno zniknął za granicą autobus, jako środek lokomocji. Tymczasem jest przeciwnie, i każdy rok jest nowym postępem i rozwojem tego systemu komunikacji.
z artykułu napisanego w 1926 roku przez F. Kleina pt. “Rozwój Warszawy
sobota, 26 września 2009
Jeśli nie zajdą jakieś katastrofy…
“Warszawa ma wszelkie dane do rozwoju na wielką stolicę światową. Jeżeli nie zajdą jakieś katastrofy wojenne w najbliższych latach, jeżeli ułożą się w sposób pokojowy stosunki polityczne z Rosją, jeżeli u nas skończy się obecne fatalne przesilenie i stagnacja, — jestem przekonany, że za parę lat Warszawa stanie się miastem kilkumilionowym i będzie głównym środowiskiem handlowym między Wschodem a Zachodem świata.”
z artykułu napisanego w 1926 roku przez F. Kleina pt. “Rozwój Warszawy”

![Reblog this post [with Zemanta]](http://img.zemanta.com/reblog_b.png?x-id=5152cc06-0f21-4b52-aa06-caa5d1bf9a92)

